Archiwum dlawrzesień, 2006

Scissor Sisters – Ta-Dah

333

Nazwa Scissor Sisters pochodzi ponoć od sex pozycji dla dwóch kobiet. Rysunków i zdjęć tegoż układu ciał nie będe tutaj przedstawiał, ale można uruchomic wyobraźnie i ewentualnie pobawić się parą nożyczek. Zespół więc kontrowersyjny od nazwy poczynając? Tak – bo kontrowersyjność się dobrze sprzedaje, czego właśnie siostry mogą być dowodem. Pierwsze miejsca na brytyjskich listach przebojów i tytuł 10-tej najlepiej sprzedającej się tam płyty w XIX wieku – to ogromny sukces. Tym bardziej że nie są z wysp, a w Stanach swojej ojczyźnie sprzedają nieporównywalnie miej płyt. Co więcej są kojarzeni bardziej z muzyką niezależną niż z mainstreamem – mimo gigantycznych nalotów glam rocka i popu. Czy Najnowsza płyta – Ta-dah dorówna debiutowi? Z dużym prawdobodobieństwem można odpowiedzieć twierdząco – jest łatwiejsza w odbiorze, bardziej melodyjna, choć nie wiem czy wystarczy jej potencjału na tyle singli co debiutancki krążek.

Jaka jest płyta? Znowu zabawa konwencjami. To już nie tyle sięganie do lat 80-tych ale znacznie bardziej wstecz. To zabawa w stylu retro prosto z początków kina – posłuchajcie I can’t decide czy Intermission – a usłyszycie muzykę pochodząca z mieszczańskich kabaretów początków XX wieku. Stają się coraz bardziej brytyjcy, przez Land of Thousand Words przebija się Oasis. Oczywiście słychać na albumie także i Bee Gees, to skojarzenie Scissor Sisters z gorączką sobotniej nocy jest jak najbardziej poprawne i trwałe (She’s My Man, Ooh )

W pięknej balladzie Almost Sorry słychać wpływy popularnych i odnoszących sukcesy songwriterów w stylu Antony and the Johnson.Co ciekawe pojawie się nawet Led Zepplin refren Ooh jest mocno inspirowany Ozone Babe. Mówiąc o Scissor Sisters nie da się zapomnieć o jednym nazwisku: Elton John – bo jego wpływ na ich muzykę jest chyba największy. Na tej płycie nawet współtworzy kawałek I don’t Feel like dancing.

Podsumowując – Scissors Sisters nadal utrzymuja dobry poziom. Jeśli można połączyć w spójną całość glam rock, disco i pop – to im się to udaje. Zdecydowanie lepiej zapełniają miejsce po Queen niz choćby The Darkness – ale jednocześnie nie tworzą nieczego ponad dyskotekowy parkiet.

 

Muzyka i palindromy

Zapewne wielu z was pamięta teorie kulturalnej sinusoidy – jakkolwiek by to groźnie nie brzmiało. Choćby z literatury – barok romantyzm średniowiecze sa do siebie bardzo podobne ale całkowicie różne od np oświecenia czy pozytywizmu. Teoria sinusoidy co ciekawe sprawdza się także i w muzyce. Niektóre dekady są do siebie bardziej podobne inne całkowicie sie różnią. Już słyszę te protesty że muzyka jest przecież taka różnordona, nie do ogarnięcia, bogata i głupio ją szufladkować na dzisięciolecia. Czyżby?

Muzyka jest pewnego rodzaju palindromem – tzn czy się ją czyta od początku, czy od końca to i tak jest taka sama. Zmieniają sie jedynie okoliczności. Na podstawie ponizszych przykładów będziecie mogli się przekonac że naprawdę mało rzeczy sie zmienia… Oto dwa teledyski z zupełnie – wydawałoby się – różnych czasów:

Pierwszy Motley Crue Girl Girl Girl – nagrany w 1987 roku – 2 miejsce na liście Billboardu

Drugi 50 Cent Candy Shop chyba znany każdemu – wypuszczony w 2005 i pierwsze miejsce na liście Bilboardu

Troche są do siebie podobne nieprawdaż? Porównywanie ich to zabawa w stylu: znajdź 5 różnic na poniższych obrazkach.
Oba teledyski rozpoczynaja się “motoryzacyjnym” akcentem. Maja być bowiem oba klipy mocne i to już od samego poczatku. W produkcji Motley Crue, jednej z bardziej znanych hard-rockowych kapeli lat 80-tych, zespół zajeżdża przed jakiś bar chopperami, wiadomo kto tu rządzi – twardzi faceci w skórze. Podobnie 50 Cent tworzy swój wizerunek macho od wjazdu na scenę czerwoną bryką, na którą szary człowiek musiałby pracować kilka wieków. No ale to tylko wstęp. Później to dopiero rozpoczynają się gorszące sceny – które widza muszą doprowadzić do białej gorączki frustracji, a moherowe berety zmuszą do zmienienia kanału – najpewniej na TV Trwam. Tytułowy Candy Shop to projekcja snu każdego polucjanta (wiem był zespół Polucjanci – ciekawe co z nimi). Tylu krągłości albo właśnie ich braku, nie ujżysz nawet na wybiegu mody. Przekaz jest prosty i bezpretensjonalny. Wiadomo o co chodzi – instykty i uczucia.Choć bardziej instynkty, agresja i seks.

Różnice? Klip z lat 80-tych jest troche bardziej dekadencki, bardziej szalony i bohaterzy bardziej wyklęci. Ale w samym przekazie identyczność. Też macho rozbijający się po drogach motocyklami, no i ta ostra scena kiedy wpadają do baru i wbijają nóż w stół. Zawiało grozą :) A po za tym jak tytuł girls, girls, girls….

Ogólnie mówiąc lata 80te i współczesność są bardzo do siebie podobne. Poświadczyć o tym mogą choćby muzyczne trendy. Jeżeli jakiś zespół bawi się konwencjami muzycznymi to w przeważającej cześci pochodza one właśnie z lat 80-tych

Jeżeli dalej macie wątpliwości. To zajrzyjcie na to zestawienie Rap vs Metal. Kicz też jest wpływowy i kulturowo mobilny.

Co kryje się w nazwach zespołów?

Na stronie Rock Bands – Name Orgins zamieszczona jest ciekawa lista zawierająca nazwy zespołów wraz z wyjaśnieniem ich źródeł.
Wyselekcjonowałem najciekawsze z nich:
CHUMBAWAMBA – W koszmarze jednego z członków na drzwiach toalety widniały “Chumba” i “Wamba” zamiast “Men” i “Women” – co jak się można domyślić doprowadziło go do niezłej konfuzji.
DEFTONES – Kiedy zaczynali w opini krytyków byli tak słabi, że ukuto na ich zespół przydomek “tone deaf ” – po przestawieniu def tones.
THE DOORS – Jim Morrison był zafacynowany poezją Wiliama Blake – nazwa zespołu pochodzi właśnie z jednego z jego wierszy a dokładniej z cytatu: “if the doors of perception are cleansed, everything would appear to man as it truly is, infinite”. Z drugiej strony lider The Doors inspirował się dziełem Aldousa Huxley’a “The doors of perception” poświęconemu narkotykowym eksperymentom.
PEARL JAM – babcia Eddiego – lidera zespołu, robiła halucogenny peyote – który jako dzieci nazywali pearl jam.
RADIOHEAD – od piosenki “Radio Head” Talking Heads.
THE VELVET UNDERGROUND – nazwa tego genialnego zespołu wywodzi się ze znalezionej na ulicy książki o tym samym tytule. Tematem tego brukowego wydawnictwa był… sex w Ameryce.

Może warto byłoby sporządzić podobną listę, tyle że z polskimi zespołami?

The Rapture – Pieces of the people we love

piecesofPeoplegg.gifgg.gifgg.gifgg.gif

The Rapture to niezwykle ważny zespół nurtu punk disco. Zadebiutowali ciekawym Echoes, z genialnym trackiem House of Jealous Lovers. Wściekła i brudna piosenka, co ciekawe odniosła także duży komercyjny sukces na dyskotekowych parkietach. Teraz Nowojorczycy nagrali nowy LP, i co tu dużo mówić – są w świetnej formie. Bardzo różnorodny album i na wskroś nowoczesny.
Tytułowa piosenka mogłaby być post-punkowym odpowiednikiem We are from Barcelona głośnego ostatnio zespołu I’m from Barcelona. Z koleji świetny Get Myself Into It, wsparty sekcją instrumentów dętych, przywodzi na myśl gorącą muzyką kubańską. No a końcowa trąbka – delicje. Cudny jest także First Gear – mocno inspirowany hip-hopem i kids bandami w stylu The go! Team - czyli różne klaskania i chórki – po prostu to, co muzyka wzieła z repertuaru chiliderek.W środku świetny moment pochodzący z jakiegoś bubble czy innej gry a’la flippery. Później wyliczanka przeplatana niezwykle melodyjną tantrą i w końcu suprfinał. Zatem niezwykle bogaty utwór, trwa też troche bo, ponad 6 min. Podobnie jak pochdzacy również z Nowego Jorku The Bravery preferują muzyke elektroniczna – liczne sample, syntezatory itd.. to co zwolenicy Pink Floyda nazwaliby degeneracja lat 80-tych.
The Devil to taki paradoks, bo groźny tytuł a muzyka lekka i beztroska, wyczuwa się Happy Mondays. Początek natomist Who! zaczyna sięk jak Clint Estwood Gorillaz. Callin me odrazu skojarzyć można z Lenny Valentino, smutny melancholijny śpiew, ale jednocześnie tak rozległy jak burza na pustyni. Oczywiście nie mniemam tu ze Lenny Valentino był inspiracja dla The Rapture (choć miłoby było).
Miłośnicy punka z pazurem(tautologia) zaspokoi Sound. Ten utwór brzmi tak jakby został nagrany w tartaku. Zdecydowanie najbardziej drapieżny. Ostre momenty cudownie przechodzą w melodyjne ścieżki. Dzięki dobremu podkładowi ma się wrażenia narastania – efektu tak często stosowanego przez DJ-ów. Rozpędźcie się na desce i dotykajcie co jakiś czas przelatującej powierzchni ziemi – to ta piosenka. Na koniec monumentalny Live in Sunsine w przywodzący na myśl Athlete i ich wrażliwe piosenki.
The Rapture to dobra muzyka na dziś. Z pewnością bardzo modna. Wiec nie pytajmy czy to arcydzieło, po prostu enjoy it!

Superfantastich Franz Ferdinand

Kiedy usłyszłem ich pierwsze utwory byłem zachwycony. Póżniej zachwyt przeszedł w uwielbienie.Ta czwórka muzyków z Glasgow jest niezwykle konsekwentna w kreowaniu własnego wizerunku. Wystarczy spojrzec na ich styl ubioru, okładki, koncerty itd. Z jednej strony niezwykle “artystyczni” z drugiej nigdy nie wpadli w płapkę dziwnego mistycyzmu, czy też artyzmu pod znaku Toola. Są oryginalni i bezpretensjonalni. Co prawda niby lokują się na scenie rocka garażowego i indie, ale trudno znaleźć jakiś band zblizony do ich stylu. Porównywani czesto do Talking Heads ale jednocześnie całkiem inni. Jestem pod wrażeniem ich odmienności. No i nowej jakości którą stworzyli. Wiele osób mówiło o nich, że są reprezentantami intelektualnego nurtu w muzyce alternatywnej, oni zaś uważają sie za grupkę chłopców którzy piszą muzykę przy której fajnie by się tańczyło.
Skąd się bierze ta genialna, niezwykle rytmiczna i melodyjna muzyka? Na wyspach powstaje dużo dobrej muzyki ale Franz Ferdinand są w jakiś sposób inni. Niby można zaliczyć ich do wyspowego indie, ale jednocześnie nie jest to muzyka północnych ludów – ekspresyjna i monumentalna jakBjörk czy Sigur Rós. Brzmi w niej energia Śródziemnomorska – jest prawdziwie południowa. Utwory Szkotów kojarzą się z soundtrackiem filmu “Grek zorba” podobnie buzują krew. Transedentalność i hipnotyczne odziałowywanie dzwięku.
Alex Kapranos to piosenkowy geniusz. Potrafił połączyć muzykę swoich przodków ze stylistyką lat 60 tworząc niezwykle wyrazisty band jakim jest Franz Ferdinand.
Dla poczucia syntezy muzycznej (homogenizacji prawie jak serek homogenizowany) proponuje posłuchać jakiejś tradycyjnej muzyki greckiej a później zapuścić sobie Franza…Energetyzujące prawda?