Archiwum dlapaździernik, 2006
{ październik 29, 2006 @ 6:52 pm }
·
{ pop, recenzje }
{ }
·
{ }
{ październik 27, 2006 @ 11:51 pm }
·
{ best new music, disco, indie, pop, recenzje }
{ }
·
{ }
{ październik 23, 2006 @ 6:37 pm }
·
{ Nowości, pop }
{ }
·
{ }

Dzisiaj ma swoją premierę już siódmy album Robbie’ego Williamsa Zatytułowany Rudebox. Oto listing utwrów:
1. Rudebox
2. Viva Life On Mars
3. Lovelight
4. King Of The Bongo
5. She’s Madonna
6. Keep On
7. Good Doctor
8. The Actor
9. Never Touch That Switch
10. Louise
11. We’re The Pet Shop Boys
12. Burslem Normals
13. Kiss Me
14. The ’80s
15. The ’90s
16. Summertime
17. Dickhead

{ październik 21, 2006 @ 10:39 pm }
·
{ indie, recenzje }
{ }
·
{ }





Muszę przyznać że do pewnego czasu nie znosiłem czegokolwiek co choćby leżało obok półki z labelem country. W życiu nie posłuchałbym przecież czegoś, przy czym tańczą ludzie z wąsami i koszulą w kratkę, zamieszkujacy peryferie Stanów Zjednoczonych. Kiedy Dżem wystąpił w Mrągowie (piknik Country) to przestałem Dżemu słuchać. Może nadal odrzucałbym z miejsca country gdyby nie dwie płyty. Pierwsza to soundtrack do filmu Tajemnica Brockeback Mountain (nagrodzona zresztą Oskarem) – genialna kompilacja tego co w country najlepsze, drugi album to Bright Eyes I’m wide awake it’s morning – którymi innymi słowami niż arcydzieło określić nie można. Te dwie płyty sprawiły że na country począłem patrzeć trochę bardziej przychylnym okiem – choć wąsów jeszcze nie zapuściłem.
Teraz Conor Oberst wypuszczaja nagrane ale nie opublikowane, trudne do odszukania rarytasy pod postacią albumu zatytułowanego Noise Floor. Ale co ciekawe mało w nich country. Kiedy usłyszycie w piosence Drunk Kid Catholic w tle dźwięk modemu to nie uwierzycie że może się tu pojawić jakakolwiek inspiracja peryferyjnym country. Bright Eyes wyda się trochę bardziej bliskie. Ta płyta dopełnia obraz tej grupy – pokazuje jej wypukłości i nieznane wymiary. Cudowny jest Amy with coat – tak miękki i welwetowy że mógłby być esencją wrażliwości Bright Eyes.
Ci którzy znają zeszłoroczny podwójny album Bright Eyes do Noise Floor zachęcać nie muszę. Pewnie połkną wszystko co będzie wyprodukowane przez ten zespół w najbliższym czasie – pozostali jeżeli chcą poznać najbardziej wrażliwy głos ostatnich lat, muszą zaznajomić się bliżej z Conorem Oberstem – dlaczego nie przy okazji tej płyty?

{ październik 20, 2006 @ 8:13 pm }
·
{ recenzje, rock }
{ }
·
{ }




My Chemical Romance to zespół łączący w swojej muzyce punk, rock i gotyk – ta mieszanka z marszu musi być ciekawa. Czyżby?
Ich trzeci album “The Black Parade” zdaje się to potwierdzać. Singiel łączy podniosłości “We are the champions” Quena z amerykańskim punkiem, kojarzonym głównie z zespołami typu Offspring czy Green day, co więcej jest ciekawie spięty klamrą stworzoną za pomocą instrumentów dętych. Warto posłuchać tej płyty choćby dla tak energetyzujących utworów jak House of volves gdzie słychać nawiązania do tradycji rock and rolla w czym może trochę przypominają The White Stripes. Dzięki wspomaganej fortepianem i chórkami balladzie Cancer The Black Parade jest znacznie bardziej różnorodny. Amerykańskość tego albumu potwierdza Mama - utwór który jest dosyć mocnym nawiązaniem do Alabama Song The Doors – co więcej kończy się ciekawym chórem mieszczańsko – teatralnym. W Sleep można doszukać się inspiracji Radiohedem (monumentalność?)
My Chemical Romance jest zpewnością zespołem który po pierwszych dźwiękach kojarzy się z amerykańskim punkiem. Jednocześnie są różnorodni i skłonni do eksperymentów- można zaliczyć ich do undergroundu. Daleko im jeszcze do arcydzieł w stylu “American idiot”, ale The Black Parade jest na tyle ciekawa i żywiołowa że zawsze można zapuścić ją jako muzykę towarzyszącą.

{ październik 13, 2006 @ 10:30 pm }
·
{ pop, recenzje }
{ }
·
{ }


Kasia Nosowska pisała swego czasu w felietonie, że nigdy nie wzięłaby do ust rodzynki. Darzy te ostatnie awersją od zawsze – uważa je za coś zasuszonego, bezdusznego, skarłowaciałego – innym słowem mówiąc – idealny symbol starości. Przyznam że zdziwiło mnie to oświadczenie. Rodzynki są przecież smaczne, no i mają tą swoją esencjonalną głębię. Dzisiaj jednak, także i ja odrzuciłem rodzynki a właściwie rozynki. A dokładniej mówiąc Marcina Rozynka. Wpiszcie w googlach jego imię i nazwisko a najczęściej powtarzająca się fraza – jak z zaciętej płyty – to: “nie jestem produktem”, “nie jestem…”. On-off najnowsze dzieło Marcina jest niewyobrażalnie nudne. Jeżeli chcecie sprawdzić czy teoria mówiąca o względności czasu jest prawdziwa to załączcie sobie ten album – jego przesłuchanie zajmie wam wieki.
Muzyka sygnowana godłem “Marcin Rozynek” jest tylko w jednym podobna do rodzynki – jest muzycznie zmarszczona (mało porywająca, nie trendy, zaściankowa) – rodzynki w swojej starości są milion razy ciekawsze niż On-off. Ta płyta powinna się raczej nazywać off i mieć logo żółtego trójkąta – skutecznie odstraszając przed naciśnięciem on na odtwarzaczu.

{ październik 9, 2006 @ 12:21 am }
·
{ best new music, recenzje }
{ }
·
{ }






Wydawałoby się że po występach Lordi na Eurowizji już nic nie zdoła uratować metalu. Co więcej fanami mocnego grania stali się “IT people” – wszelkiej maści programiści i specjaliści od kompów od dawna uchodzący za symbol faszionowego obciachu (zamienili koszule w kratę wkładaną w spodnie na czarnego metalowego t-shirta włożonego tak samo, no i oczywiście pozostała kabura na komórkę przypięta do paska) Metal wiec pod wodza Children of Bodom z roznegliżowanymi panienkami i brutalnością scen miał zastąpić disco-polo jakkolwiek ono się na świecie nazywało. O ile disco i techno stało się ble i tfu to metal mógł jeszcze uchodzić za coś ambitnego. To spopularyzowanie ostrych brzmień doprowadziło do tego że coraz rzadziej można posłuchać dobrych heavy-metalowych albumów. Z tamtego roku pamiętam zaledwie jedną, wypuszczoną przez Meshuggah.
A jednak powstają metalowe arcydzieła czego przykładem jest Blood Mountain. Ta płyta zwala z nóg genialnymi aranżacjami i świetnymi rozwiązaniami muzycznymi. Mimo nabuzowanych tekstów utrzymanych w stylistyce gotyckiej, całość świetnie się broni. Już dawno nie słuchałem tak dobrego albumu.
Instrumentalny Bladecatcher brzmi jak torturowana przez Gargamela wioska smerfów. Wyróznia się także This mortal son zbliżający się do nu-metalu (choć można odnaleźć w nim wpływy Black Sabbath).
Trudno pisać tu o pojedynczych piosenkach, każdej musiałby być poświęcony jeden akapit. Ten zespół znowu natchnie was nadzieją na to, że można mocniej i nadal może to być muzyka, a nie połączenie młota pneumatycznego z wrzaskami rodzącej kobiety. Mastodon odnowił ostrość Kill’em all oraz dynamiczność Motorheadu. Jeżeli nigdy nie zjadaliście kotów i całkowicie stronicie od metalu to ta płyta zmieni wasze nawyki.

{ październik 7, 2006 @ 10:18 pm }
·
{ disco, indie, recenzje, rock }
{ }
·
{ }



Kilka lat temu byli objawieniem. Potrafili znów wskrzesić modę na rockowe zespoły. Budzili podziw ilością przeboji jaką udało im się wykreować. Co umożliwiło im taki sukces? Zdaje się że połączenie muzyki niezależnej z chwytliwymi melodyjnymi piosenkami mocno wspieranymi elektronika a inspirowanych disco.
Nowy album zawodzi. The Killers nie zdołali pójść dalej – stoją w miejscu wierząc że to co było dobre kilka lat temu – teraz też będzie. Ale ta wiara okazuje się fałszywa. Album jest nijaki. Zawsze cechowała ich dynamiczność i monumentalność – oczywiście w kontekście dyskotekowych parkietów – udało im się wytworzyć własny styl.. Teraz The Killers nie wiedza kim mają być – raz podobni do The Rapture, drugim razem znowu zbliżają się do Muse. W rezultacie powstają wypełniacze w stylu: Bling (trochę zalatuje U2) czy Uncle Johnny. Dobrych utworów jest zaledwie kilka: For reasons unknow – brzmi jakby został wzięty z pierwszej płyty (tak, to plus). Wiele utworów jest niewartych nawet wspominania. Intryguje jedynie Bones zaczynający się ciekawym chórkiem gospel a później rozwijający się w świetną piosenkę. No może jeszcze melancholijny My list. Natomiast utwór Exitlude niestety nie będzie drugim Yellow Submarine.
Dla większości bandów najważniejsza jest próba drugiej płyty – czy debiut który wyciągnął The Killers na trony muzyki rockowo-tanecznej uda się obronić kolejnymi produkcjami? Sams’s Town jest słabym albumem ale czwórka z Las Vegas ma jeszcze wiele szans na wygraną i to nie tylko w ruletce.

{ październik 5, 2006 @ 9:12 pm }
·
{ best new music, pop, rap, recenzje }
{ }
·
{ }





Justin Timberlake to jedno z cudownych dzieci wypromowanych przez programy w stylu idola (Mickey Mouse Club). Tak została stworzona ( to nie jest zbyt mocne słowo) także i Britney Spears. Dzięki tym produkcjom wyzbyliśmy się wszelkich mrzonek o genialnych twórcach pojawiających się znikąd, i zarabiających grube miliony jedynie na swoim talencie. Każdy produkt musi być szlifowany od najmłodszych lat.
Ale to tylko zarzuty na domniemaną nieszczerość muzyki, czy też zarzuty stworzenia muzyki nie tyle wypływającej z serca, o ile bardziej z kosztorysów i trendów – co wcale nie musi rzutować na artystyczną wartość dzieła.
Album jest bardzo dobrym przykładem co mogą zrobić dobrzy producenci( tutaj Timbalad, Rick Rubin i inni). To oni w dzisiejszym przemyśle muzycznym w Stanach są głównymi twórcami. Wokalista jest jedynie wokalistą – nie wymyśla muzyki, nie tworzy, tylko ją jedynie wykonuje. Justin Timberlake jest cenny dla rynku popkultury – z jego wizerunkiem i głosem można wiele.
Jeśli poszukujecie ciekawego popu, z dodatkiem rapu – to ta płyta jest dla was. To pobudzający album – niezwykle romantyczny o czym świadczy zresztą tytuł Futuresex / LoveSounds . Ta nazwa pasuje idealnie. Cała płyta jest okraszona erotyką, więc znajdzie rzesze słuchaczy.
Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa utwory. Tytułowy Futuresex \ Lovesound z niezmywalnym podkładem i naprawdę świetnym tekstem oraz My love utwór niemal w całości rapowy z kilkoma melodyjnymi wstawkami. Cały album jest zresztą muzycznym dialogiem popowego i melodyjnego Justina Timberlake z raperami występującymi tutaj gościnnie ( T.I., Three 6 Mafia) co słychać najwyraźniej w Chop me up. Bardzo urozmaicony jest Damn Girl – odnaleźć można w nim nawet wpływy bebopu (najostrzejszej odmiany jazzu).Warto posłuchać tej płyty choćby dla rozrywającej serce perełki – Lossing my way.
Spójrzcie na okładkę, jest bardzo wymowna. Justin niszczy kulę dyskotekową – symbol muzyki tanecznej. Czy ma do zaoferowania jakąś alternatywę? Słuchając jego ostatniej płyty można odpowiedzieć – “Tak, jak najbardziej”.