Archiwum dlapaździernik, 2006

Ania – Kilka historii na ten sam temat

kilka histori na ten sam tematgg.gifgg.gifgg.gifgg.gif

Skąd znam Anię? - to znajoma mojego kumpla.
Zawsze chciałem tak zacząć recenzję – choć znacznie lepiej by było gdybym mógł napisać np. skąd znam Thoma Yorke’a. Nie musicie się tutaj obawiać stronniczości, bo ta znajomość jest tak samo bliska jak posiadanie autografu.

Kiedy Ania Dąbrowska ostatnio wystąpiła u Kuby Wojewódzkiego – to ten ostatni stwierdził, że nikt jej najnowszej płyty nie kupi – nie dlatego że jest zła, ale dlatego że jest zbyt trudna w odbiorze. Wyniki sprzedaży pokazują jak bardzo Powiatowy  się mylił. Kilka historii na ten sam temat jest albumem bardzo dobrze wyprofilowanym na sprzedaż -  nie jest wynikiem ekstrawagancji artystycznej wokalistki ale działań popkulturalnych. Cała płyta odwołuje się do lat 60-tych i wokalistek w rodzaju Ireny Santor. I choć wielu zapyta “Who the hell is Irena Santor” – to sukces takich zespołów jak The Pipettes, które inspirują sie żeńskimi zespołami lat 60-tych, gwarantuje, że takie odwołania mogą się spodobać rzeszom. Ten album  to piękne piosenki o miłości, i choć przebojowości tu za grosz, to i tak jest  wystarczająco sophisticated aby osiągnąć sukces.

Junior Boys – So this is goodbye

So this is goodbyegg.gifgg.gifgg.gifgg.gifgg.gif

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Junior Boys,  stwierdziłem że muszą pochodzić ze Skandynawii. Minimal swedish design to pierwsze skojarzenie podczas słuchania tej płyty. Jeżeli designerzy skandynawscy tworzyliby muzykę to brzmiałaby właśnie tak. Kiedy w końcu dowiedziałem  się, że Junior Boys pochodzą z Ottawy to doznałem  iluminacji -  przebiłem globus i trafiłem  na drugą półkulę. Czyli Kanada i Skandynawia muszą mieć coś wspólnego, oprócz klimatu oczywiście.

To jedna z lepszych rzeczy jaka powstała w elektronice w ciągu ostatnich lat. Junior Boys są dobrymi następcami Kraftwerk i Depeche Mode( utwór Count Sovenirs). So this is goodbye to ich debiut,  który czyni ich  największą nadzieją nurtu indie electronic. Jest niezwykle trudno stworzyć coś w takim minimalistycznym stylu. Dzisiaj zespoły raczej przetwarzają stare pomysły i bawią się konwencjami. Nagrywają super bogate i różnorodne płyty ale zazwyczaj powstaje tylko śmietnik. Tutaj środki zostały dobrane idealnie. Nic więcej nie jest potrzebne i niczego nie brakuje -ta płyta to perełka artystycznego synth popu.

torrent

Robbie Williams – Rudebox

Rudebox

Dzisiaj ma swoją premierę już siódmy album Robbie’ego Williamsa Zatytułowany Rudebox. Oto listing utwrów:

1. Rudebox
2. Viva Life On Mars
3. Lovelight
4. King Of The Bongo
5. She’s Madonna
6. Keep On
7. Good Doctor
8. The Actor
9. Never Touch That Switch
10. Louise
11. We’re The Pet Shop Boys
12. Burslem Normals
13. Kiss Me
14. The ’80s
15. The ’90s
16. Summertime
17. Dickhead

torrent

Bright Eyes – Noise Floor (Rarities 1998-2005)

Noise_floorgg.gifgg.gifgg.gifgg.gif

Muszę przyznać że do pewnego czasu nie znosiłem czegokolwiek co choćby leżało obok półki z labelem country. W życiu nie posłuchałbym przecież czegoś, przy czym tańczą ludzie z wąsami i koszulą w kratkę,  zamieszkujacy peryferie Stanów Zjednoczonych. Kiedy Dżem wystąpił w Mrągowie (piknik Country)  to przestałem Dżemu słuchać. Może nadal odrzucałbym z miejsca country gdyby nie dwie płyty. Pierwsza to soundtrack do filmu Tajemnica Brockeback Mountain (nagrodzona zresztą Oskarem) – genialna kompilacja tego co w country najlepsze, drugi  album to Bright Eyes I’m wide awake it’s morning – którymi innymi słowami niż arcydzieło określić nie można. Te dwie płyty sprawiły że na country począłem patrzeć trochę bardziej przychylnym okiem – choć wąsów jeszcze nie zapuściłem.

Teraz Conor Oberst wypuszczaja nagrane ale nie opublikowane, trudne do odszukania rarytasy pod postacią albumu zatytułowanego Noise Floor. Ale co ciekawe mało w nich country. Kiedy usłyszycie w piosence Drunk Kid Catholic w tle dźwięk modemu to nie uwierzycie że może się tu pojawić jakakolwiek inspiracja peryferyjnym country. Bright Eyes wyda się trochę bardziej bliskie. Ta płyta dopełnia obraz tej grupy – pokazuje jej wypukłości i nieznane wymiary. Cudowny jest  Amy with coat – tak miękki i welwetowy że mógłby być esencją wrażliwości Bright Eyes.

Ci którzy znają zeszłoroczny podwójny album Bright Eyes do Noise Floor  zachęcać nie muszę. Pewnie połkną wszystko co będzie wyprodukowane przez ten zespół w najbliższym czasie – pozostali jeżeli chcą poznać najbardziej wrażliwy głos ostatnich lat, muszą zaznajomić się bliżej z Conorem Oberstem – dlaczego nie przy okazji tej płyty?

torrent

My Chemical Romance – The Black Parade

My_Chemical_Romance_TBPgg.gifgg.gifgg.gif

My Chemical Romance to zespół łączący w swojej muzyce punk, rock i gotyk – ta mieszanka z marszu musi być ciekawa. Czyżby?

Ich trzeci album  “The Black Parade”  zdaje się to potwierdzać. Singiel łączy podniosłości “We are the champions” Quena z amerykańskim punkiem, kojarzonym głównie z zespołami typu  Offspring czy Green day, co więcej jest  ciekawie spięty  klamrą stworzoną za pomocą  instrumentów dętych. Warto posłuchać tej płyty choćby dla tak energetyzujących utworów jak House of volves  gdzie słychać  nawiązania do tradycji  rock and rolla  w czym może trochę przypominają  The White Stripes. Dzięki wspomaganej fortepianem i chórkami balladzie Cancer The Black Parade jest znacznie bardziej różnorodny. Amerykańskość tego albumu potwierdza  Mama - utwór który jest dosyć mocnym nawiązaniem do  Alabama Song The Doors – co więcej  kończy się ciekawym chórem mieszczańsko – teatralnym. W Sleep  można doszukać się inspiracji Radiohedem (monumentalność?)

My Chemical Romance jest zpewnością zespołem który po pierwszych dźwiękach kojarzy się z  amerykańskim punkiem. Jednocześnie są  różnorodni i skłonni do eksperymentów- można  zaliczyć ich do undergroundu. Daleko im jeszcze do arcydzieł w stylu “American idiot”, ale The Black Parade jest  na tyle ciekawa i żywiołowa że zawsze można  zapuścić ją jako muzykę towarzyszącą.

torrent

Marcin Rozynek – On-Off

rozynek.jpggg.gif

Kasia Nosowska pisała swego czasu w felietonie, że nigdy nie wzięłaby do ust rodzynki. Darzy te ostatnie awersją od zawsze – uważa je za coś zasuszonego, bezdusznego, skarłowaciałego – innym słowem mówiąc – idealny symbol starości. Przyznam że zdziwiło mnie to oświadczenie. Rodzynki są przecież smaczne, no i mają tą swoją esencjonalną głębię. Dzisiaj jednak, także i ja odrzuciłem  rodzynki a właściwie rozynki. A dokładniej mówiąc Marcina Rozynka. Wpiszcie w googlach jego imię i nazwisko a najczęściej powtarzająca się fraza – jak z zaciętej płyty – to:  “nie jestem produktem”, “nie jestem…”. On-off najnowsze dzieło Marcina jest niewyobrażalnie nudne. Jeżeli chcecie sprawdzić czy teoria mówiąca o  względności czasu jest prawdziwa to załączcie sobie ten album – jego przesłuchanie zajmie wam wieki.

Muzyka sygnowana godłem “Marcin Rozynek” jest tylko w jednym podobna do rodzynki – jest muzycznie zmarszczona (mało porywająca, nie trendy, zaściankowa) – rodzynki w swojej starości są milion razy ciekawsze niż On-off. Ta płyta powinna się raczej nazywać off i mieć logo żółtego trójkąta – skutecznie odstraszając przed naciśnięciem on na odtwarzaczu.
torrent

Mastodon – Blood Mountain

gg.gifgg.gifgg.gifgg.gifgg.gif

Wydawałoby się że po występach Lordi na Eurowizji już nic nie zdoła uratować metalu. Co więcej fanami mocnego grania stali się “IT people” – wszelkiej maści programiści i specjaliści od kompów od dawna uchodzący za symbol faszionowego obciachu (zamienili koszule w kratę wkładaną w spodnie na  czarnego metalowego t-shirta włożonego tak samo, no i oczywiście pozostała kabura na komórkę przypięta do paska) Metal wiec pod wodza Children of Bodom z roznegliżowanymi panienkami i brutalnością scen miał zastąpić disco-polo jakkolwiek ono się na świecie nazywało. O ile disco i techno stało się ble i tfu to metal mógł jeszcze uchodzić za coś  ambitnego. To spopularyzowanie ostrych brzmień doprowadziło do tego że coraz   rzadziej  można posłuchać dobrych heavy-metalowych albumów. Z tamtego roku pamiętam zaledwie jedną, wypuszczoną przez Meshuggah.

A jednak powstają metalowe arcydzieła czego przykładem jest Blood Mountain. Ta płyta zwala z nóg genialnymi aranżacjami i świetnymi rozwiązaniami muzycznymi. Mimo  nabuzowanych tekstów utrzymanych  w stylistyce gotyckiej, całość świetnie się broni. Już dawno nie słuchałem tak dobrego albumu.

Instrumentalny Bladecatcher brzmi jak torturowana przez Gargamela wioska smerfów. Wyróznia się także This mortal son zbliżający się do nu-metalu (choć można odnaleźć w nim wpływy Black Sabbath).

Trudno pisać tu o pojedynczych piosenkach, każdej musiałby być poświęcony jeden akapit. Ten zespół znowu natchnie was nadzieją na to, że można mocniej i nadal może to być muzyka, a nie połączenie młota pneumatycznego z wrzaskami rodzącej kobiety. Mastodon odnowił ostrość  Kill’em all oraz dynamiczność Motorheadu. Jeżeli  nigdy nie zjadaliście kotów i całkowicie stronicie od metalu to ta płyta zmieni wasze nawyki.
tor.jpeg

The Killers – Sams Town

Kilka lat temu byli objawieniem. Potrafili znów wskrzesić modę na rockowe zespoły. Budzili podziw  ilością przeboji jaką udało im się wykreować. Co umożliwiło im taki sukces? Zdaje się że połączenie muzyki niezależnej  z chwytliwymi melodyjnymi piosenkami mocno wspieranymi elektronika  a inspirowanych disco.

Nowy album zawodzi. The Killers nie zdołali pójść dalej – stoją w miejscu wierząc że to co było dobre kilka lat temu – teraz też będzie. Ale ta wiara okazuje się fałszywa. Album jest nijaki. Zawsze  cechowała ich dynamiczność i monumentalność – oczywiście w kontekście dyskotekowych parkietów – udało im się wytworzyć własny styl.. Teraz The Killers nie wiedza kim mają być – raz podobni do The Rapture, drugim razem znowu zbliżają się do Muse. W rezultacie powstają wypełniacze w stylu: Bling (trochę zalatuje U2) czy Uncle Johnny. Dobrych utworów jest zaledwie kilka: For reasons unknow – brzmi jakby został wzięty z pierwszej płyty (tak, to plus).  Wiele utworów jest niewartych nawet wspominania. Intryguje jedynie Bones zaczynający się ciekawym chórkiem gospel a później rozwijający się w świetną piosenkę. No może jeszcze melancholijny My list. Natomiast utwór Exitlude niestety nie będzie drugim Yellow Submarine.

Dla większości bandów najważniejsza jest próba drugiej płyty – czy debiut który wyciągnął  The Killers na trony muzyki rockowo-tanecznej uda się obronić kolejnymi produkcjami?  Sams’s Town jest słabym albumem ale  czwórka z Las Vegas  ma jeszcze wiele szans na wygraną i to nie tylko w ruletce.

Justin Timberlake – FutureSex / LoveSounds

timberlake.jpeggg.gifgg.gifgg.gifgg.gif
Justin Timberlake to jedno z cudownych dzieci wypromowanych przez programy w stylu idola (Mickey Mouse Club). Tak została stworzona ( to nie jest zbyt mocne słowo) także i Britney Spears. Dzięki tym produkcjom wyzbyliśmy się wszelkich mrzonek o genialnych twórcach pojawiających się znikąd, i zarabiających grube miliony jedynie na swoim talencie. Każdy produkt musi być szlifowany od najmłodszych lat.

Ale to tylko zarzuty na domniemaną nieszczerość muzyki, czy też zarzuty stworzenia muzyki nie tyle wypływającej z serca, o ile bardziej z kosztorysów i trendów – co wcale nie musi rzutować na artystyczną wartość dzieła.

Album jest bardzo dobrym przykładem co mogą zrobić dobrzy producenci( tutaj Timbalad, Rick Rubin i inni). To oni w dzisiejszym przemyśle muzycznym w Stanach są głównymi twórcami. Wokalista jest jedynie wokalistą – nie wymyśla muzyki, nie tworzy, tylko ją jedynie wykonuje. Justin Timberlake jest cenny dla rynku popkultury – z jego wizerunkiem i głosem można wiele.

Jeśli poszukujecie ciekawego popu, z dodatkiem rapu – to ta płyta jest dla was. To pobudzający album – niezwykle romantyczny o czym świadczy zresztą tytuł Futuresex / LoveSounds . Ta nazwa pasuje idealnie. Cała płyta jest okraszona erotyką, więc znajdzie rzesze słuchaczy.

Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa utwory. Tytułowy Futuresex \ Lovesound z niezmywalnym podkładem i naprawdę świetnym tekstem oraz My love utwór niemal w całości rapowy z kilkoma melodyjnymi wstawkami. Cały album jest zresztą muzycznym dialogiem popowego i melodyjnego Justina Timberlake z raperami występującymi tutaj gościnnie ( T.I., Three 6 Mafia) co słychać najwyraźniej w Chop me up. Bardzo urozmaicony jest Damn Girl – odnaleźć można w nim nawet wpływy bebopu (najostrzejszej odmiany jazzu).Warto posłuchać tej płyty choćby dla rozrywającej serce perełki – Lossing my way.

Spójrzcie na okładkę, jest bardzo wymowna. Justin niszczy kulę dyskotekową – symbol muzyki tanecznej. Czy ma do zaoferowania jakąś alternatywę? Słuchając jego ostatniej płyty można odpowiedzieć – “Tak, jak najbardziej”.