


Kilka lat temu byli objawieniem. Potrafili znów wskrzesić modę na rockowe zespoły. Budzili podziw ilością przeboji jaką udało im się wykreować. Co umożliwiło im taki sukces? Zdaje się że połączenie muzyki niezależnej z chwytliwymi melodyjnymi piosenkami mocno wspieranymi elektronika a inspirowanych disco.
Nowy album zawodzi. The Killers nie zdołali pójść dalej – stoją w miejscu wierząc że to co było dobre kilka lat temu – teraz też będzie. Ale ta wiara okazuje się fałszywa. Album jest nijaki. Zawsze cechowała ich dynamiczność i monumentalność – oczywiście w kontekście dyskotekowych parkietów – udało im się wytworzyć własny styl.. Teraz The Killers nie wiedza kim mają być – raz podobni do The Rapture, drugim razem znowu zbliżają się do Muse. W rezultacie powstają wypełniacze w stylu: Bling (trochę zalatuje U2) czy Uncle Johnny. Dobrych utworów jest zaledwie kilka: For reasons unknow – brzmi jakby został wzięty z pierwszej płyty (tak, to plus). Wiele utworów jest niewartych nawet wspominania. Intryguje jedynie Bones zaczynający się ciekawym chórkiem gospel a później rozwijający się w świetną piosenkę. No może jeszcze melancholijny My list. Natomiast utwór Exitlude niestety nie będzie drugim Yellow Submarine.
Dla większości bandów najważniejsza jest próba drugiej płyty – czy debiut który wyciągnął The Killers na trony muzyki rockowo-tanecznej uda się obronić kolejnymi produkcjami? Sams’s Town jest słabym albumem ale czwórka z Las Vegas ma jeszcze wiele szans na wygraną i to nie tylko w ruletce.

