Kasia Nosowska pisała swego czasu w felietonie, że nigdy nie wzięłaby do ust rodzynki. Darzy te ostatnie awersją od zawsze – uważa je za coś zasuszonego, bezdusznego, skarłowaciałego – innym słowem mówiąc – idealny symbol starości. Przyznam że zdziwiło mnie to oświadczenie. Rodzynki są przecież smaczne, no i mają tą swoją esencjonalną głębię. Dzisiaj jednak, także i ja odrzuciłem rodzynki a właściwie rozynki. A dokładniej mówiąc Marcina Rozynka. Wpiszcie w googlach jego imię i nazwisko a najczęściej powtarzająca się fraza – jak z zaciętej płyty – to: “nie jestem produktem”, “nie jestem…”. On-off najnowsze dzieło Marcina jest niewyobrażalnie nudne. Jeżeli chcecie sprawdzić czy teoria mówiąca o względności czasu jest prawdziwa to załączcie sobie ten album – jego przesłuchanie zajmie wam wieki.
Muzyka sygnowana godłem “Marcin Rozynek” jest tylko w jednym podobna do rodzynki – jest muzycznie zmarszczona (mało porywająca, nie trendy, zaściankowa) – rodzynki w swojej starości są milion razy ciekawsze niż On-off. Ta płyta powinna się raczej nazywać off i mieć logo żółtego trójkąta – skutecznie odstraszając przed naciśnięciem on na odtwarzaczu.



