![]()



My Chemical Romance to zespół łączący w swojej muzyce punk, rock i gotyk – ta mieszanka z marszu musi być ciekawa. Czyżby?
Ich trzeci album “The Black Parade” zdaje się to potwierdzać. Singiel łączy podniosłości “We are the champions” Quena z amerykańskim punkiem, kojarzonym głównie z zespołami typu Offspring czy Green day, co więcej jest ciekawie spięty klamrą stworzoną za pomocą instrumentów dętych. Warto posłuchać tej płyty choćby dla tak energetyzujących utworów jak House of volves gdzie słychać nawiązania do tradycji rock and rolla w czym może trochę przypominają The White Stripes. Dzięki wspomaganej fortepianem i chórkami balladzie Cancer The Black Parade jest znacznie bardziej różnorodny. Amerykańskość tego albumu potwierdza Mama - utwór który jest dosyć mocnym nawiązaniem do Alabama Song The Doors – co więcej kończy się ciekawym chórem mieszczańsko – teatralnym. W Sleep można doszukać się inspiracji Radiohedem (monumentalność?)
My Chemical Romance jest zpewnością zespołem który po pierwszych dźwiękach kojarzy się z amerykańskim punkiem. Jednocześnie są różnorodni i skłonni do eksperymentów- można zaliczyć ich do undergroundu. Daleko im jeszcze do arcydzieł w stylu “American idiot”, ale The Black Parade jest na tyle ciekawa i żywiołowa że zawsze można zapuścić ją jako muzykę towarzyszącą.

